INTERNETOWA GAZETA KULTURALNA (ARCHIWUM) ISSN 2083-5051

Wejście > Publicystyka > Rozmowa z jurorem > Prawdziwe życie poezji jest gdzie indziej (wywiad z Wojciechem Kassem z cyklu rozmowa z jurorem)
Prawdziwe życie poezji jest gdzie indziej (wywiad z Wojciechem Kassem z cyklu rozmowa z jurorem) Drukuj Email
Wpisany przez Sławomir Płatek   
poniedziałek, 10 stycznia 2011 10:55

Grudzień 2010


Sławomir Płatek: Stałe pytanie i tym razem też od niego zacznę: skąd bierze się popularność konkursów literackich?

Wojciech Kass: Uprawianie wiersza stało się rodzajem konkurencji, jedną z dziedzin aktywności społeczno-środowiskowej, a dla niektórych – dyscypliną, także w sensie sportowym. To jedna z tych form, w których można się wykazać. A teraz poważnie – sądzę, że konkursy literackie są poważną instytucją. Ona nie jest sformalizowana, zarejestrowana, nie ma statutu swojej działalności, na ogół jednak „zakłada się” w murach instytucji i odpowiednio pielęgnowana trwa, a z czasem staje się rodzajem zwierciadła ruchów tektonicznych języka poezji, migracji wierszy. Autor, który posyła swoje wiersze na konkurs oczekuje od jurorów odpowiedzi na elementarne pytanie, czy one są coś warte? Autor nie dostrzeżony w jednym, drugim, trzecim konkursie, w jednej, drugiej, trzeciej redakcji ma do wyboru: zastanowić się nad swoim pisaniem czy aby nie należy w nim czegoś poprawić, poszukać innych ścieżek zaistnienia, wyrzygać to i owo jurorom na ogólnodostępnych portalach, napić się wódeczki, żeby nabrać dystansu do siebie oraz innych.



S.P. Tak. Ale ludzie, którzy - jak mówisz - zaczynają się na jakiejś płaszczyźnie ścigać, coś z tego mają. Albo awans w firmie, albo sławę, albo jakieś jeszcze inne rzeczy. Po co więc poeci ścigają się w konkursach, co z tego mają?

W.K. Nie szafujmy słowem – poeta. Sandor Marai powiada: „Nie ma dobrych poetów, są dobre wiersze”. Bezpieczniej będzie jeśli posługiwać się będziemy terminem autor, pisarz. No więc co nieco z tych konkursów autorzy mają; pozycję w środowisku (raczej wirtualną), zyskują w rankingach giełdy literackiej, a w drugim rzędzie satysfakcję finansową, która w poważnym stopniu łata ich budżety. Tutaj chciałbym nadmienić, że istnieją „zawodowi konkursowicze”, którzy mają na koncie ponad sto i więcej nagród. Najszlachetniejszym motywem zderzenia wiersza z jurorami konkursu jest głęboka  potrzeba sprawdzenia czy to, co piszę ma sens, czy jest coś warte. Ten motyw cenię sobie najbardziej. Właśnie dla takich autorów powinno zawiązywać się jak najwięcej „instytucji” konkursu. Rozumiem tę potrzebę, na szufladę bowiem, mogą pozwolić sobie tylko geniusze albo całkowici amatorzy, którzy do nikogo i niczego nie mają pretensji. A co to jest zderzenie, konfrontacja wiersza? To nic innego jak decyzja puszczenia go w świat, żeby sam dał sobie radę, bez odautorskich usprawiedliwień i piastuńczych zabiegów. Jeśli nie da sobie rady, mówi się trudno i żyje się dalej, nieprawdaż?

S.P. Z tego co mówisz wynika, że jest to bardzo pożyteczne dla początkujących twórców, którzy muszą otrzymać jakąś interakcję swojego pisarstwa, dowiedzieć się jaka jest recepcja, lub dla tych, którzy chcą na tym zarabiać pieniądze.

W.K. Pieniężnej wartości nagrody bym nie przeceniał. Są jednak tacy, którzy tę stronę konkursu biorą pod uwagę. Jest ich niewielu i stanowią nieliczną grupę „zawodowców”. Na każdej idei, w każdej instytucji wyrasta ten rodzaj „narośli”. Nie mam do nich pretensji, bo wiersze tych autorów są dobre, mają swój poziom artystyczny. Ale dziwi mnie, że niektórzy nie wyrośli jeszcze z tych portek. Społeczeństwa konsumpcyjne wygenerowały rozmaite uzależnienia. Ludzie potrafią uzależniać się od błahostek, od sceny, telewizora, pornografii, zakupów, żarcia, swojego nazwiska w mediach etc., czemu nie od konkursów? Są narkotyczne jak wiele innych nałogów. Czy pisanie nie jest uzależnieniem? Każdy rodzaj nagrody jest trofeum, skalpem, kłania się tu głęboko zakorzeniony, zwłaszcza w mężczyznach, atawizm. Poeta świadomy swojego przeznaczenia nie ma parcia na nagrody. Dlatego kiedy taki poeta się w nas budzi – rzeczywisty, wspaniały, szczery lub przynajmniej  idea takiego poety – należy pomyśleć z dystansem o tych wszystkich „turniejach garbusów”.

S.P. Ale jeśli nie konkursy, to czy jest jakaś alternatywa dla tych, którzy już coś zaczęli?

W.K. Konkursy to ważna forma socjoliteracka, a dla tych, którzy w nich coś osiągnęli to poważna zachęta do dalszego pisania, rozwijania się. Tyle. Natomiast poezja powstaje w samotności, z dala od zgiełku rynków i giełd literackich. Konkursy, festiwale, sympozja to dalszy plan, to tło dla rzeczywistego poety. Przez to wszystko jednak trzeba przejść jak przez trądzik. Nie przejdziesz, nie nabierzesz dystansu. Gorzej jednak, gdy te wszystkie formy życia literackiego wchodzą w nawyk. stają się obiektem ustawicznego pożądania. Sukces, sława, pozycja, znaczenie, to rzecz głębsza. To sprawa losu, przeznaczenia, na który nie mamy większego wpływu. Na niewiele rzeczy, tak naprawdę, mamy wpływ.   

S.P. Chodzi o młodość w pisarstwie.

W.K. Po to są młodzi, żeby się boksowali. Niech sobie będą challengerami, którzy mistrzów wyzywają na pojedynek. Niech będą lekkomyślni ale i odpowiedzialni. Niech będą bezczelni, ale nie wyprani z szacunku. Niech folgują wyobraźni, a nie urojeniom. Niech sobie są przewrażliwieni, ale czemu tylko na własnym punkcie? Niech zwołują się w grupy, drużyny i nacierają. Niech zakładają wspólnoty wirtualne i realne, niech wiodą spory i dyskusje. Niech się rozstają i schodzą, kochają i konkurują z sobą. Niech prowadzą rankingi, giełdy, niech obstawiają i licytują swoje pegazy, niech wyrokują i opiniują, przeklinają i przekreślają. Żywiołem młodości jest bunt, walka, powiększanie przestrzeni dla siebie, znalezienie miejsca na ziemi. Historię poezji wyznaczają jednak dzieła. Zamach na dzieło – tego gestu wykrajającego jakąś krzywą w przestrzeni – poeta nie powinien tracić z oczu.

S.P. Ale to może być tworzeniem obiegu zamkniętego, który za jakiś czas może się wypalić, zdziwaczeć, zacząć żyć własnym życiem, mogą się pojawić deformacje, które odepchną ten obieg jeszcze bardziej od realnego życia, nie sądzisz?

W.K. Masz rację. Po pierwsze powiększa się społeczna samotność poezji, po drugie schodzi ona do gett. Ważnym jednak jest, żeby te getta z sobą współpracowały, żeby dokonywała się jakaś wymiana, konfrontacja. A przynajmniej, żeby nie warczały na siebie. Co rusz któreś z gett i zamieszkujących je plemion literackich usiłuje przerwać ten obieg zamknięty. Powołuje stowarzyszenie, zakłada sztab w którejś z instytucji kultury, organizuje festiwal, konkurs, redaguje almanach no i wymachuje dzidami, napina się, coś tam krzyczy, do czegoś nawołuje. Jeszcze niedawno w Poznaniu kręgi literacko-uniwersyteckie robiły festiwal poezji. Dociągnęli do trzech, może czterech edycji. Jakąż pychą, butą, bezczelnością epatowali jego organizatorzy. I co? Pamiętasz coś z tego? Wyparowało w przestrzeń. A przestrzeń jest pojemna i wciąż trawi różne toksyny.

S.P. W jakim kierunku to idzie?

W.K. A niech idzie w jakim sobie chce, nawet do diabła. Jedyne, co mamy naprawdę własnego, to dusza i jej przydałoby się więcej uwagi. Dusza zbiorowa, o ile taka istnieje, jest wielce podejrzana (demoniczna) i tak zafałszowana, że trudno dociec jej czystych i najprawdziwszych źródeł  Wywodzę się z tradycji poetyckiej, która  traktuje poezję jako istnienie. Chciałbym, żeby mój wiersz pisał się jak mój oddech, to znaczy, żeby jego metrum stopiło się z oddechem. Oczywiście w różnych etapach życia oddychamy różnie, ten oddech się zmienia. Ale jest on czymś elementarnym, pierwszym objawem życia, tym co łączy nas z naszymi dalekimi przodkami i co będzie nas łączyć z tymi, którzy po nas nadejdą. To jest mój wewnętrzny gest zamachu. Mało?
Chciałbym, żebyś mnie dobrze zrozumiał, mówię o swoim doświadczeniu, a więc tym, co mnie buduje od wewnątrz. Na to doświadczenie wpłynęły także różne zbiorowe formy życia literackiego bo są wciąż ponawianą i odnawialną próbą wychodzenia z literaturą w przestrzeń. Pozwalają zaistnieć, wystąpić, opublikować, poczytać, poczuć się lepiej  Ale poezja nie jest całkowicie literaturą. W sensie przeznaczenia języka, wystaje z literackości jak jakieś dziwne skrzydło. Praca języka poetyckiego odbywa się gdzie indziej, w innych rejonach. Można tu strawestować Artura Rimbauda - prawdziwe życie poezji jest gdzie indziej. Ale czym ona jest i gdzie jest to gdzie indziej, ja nie wiem.

S.P. Czyli twoim zdaniem nie jest do końca przesądzone, że konkursy prowokują powstawanie dobrej poezji? Że powstaje ona głównie w domu, w ciszy.

W.K. Kultura zaczyna się w chwili, kiedy człowiek spotyka się z drugim człowiekiem, zapalają między sobą świeczkę i zaczynają rozmawiać. Jest to sytuacja wyjściowa. Dwóch wystarczy do poezji, ale do innych sztuk? Zatem poszerzmy to miejsce przy świeczce do placu, który pomieści większą ilość ludzi. Czy takim najbardziej archetypicznym placem nie jest miejsce, gdzie pali się ognisko? Kultura to miejsce spotkania człowieka z drugim człowiekiem i rozpoczęcie rozmowy, dialogu. Autorzy wychodzą ze swoich bocznic, nor i co jakiś czas wędrują na taki plac, czytają i słuchają innych, prowokują i dyskutują. Zdarza się, że dadzą sobie po mordzie, to część rytuału. Jeśli życie literackie nie zostało wydrążone z sensu światła świeczki, placu i ogniska, to wszystkie jego formy mają sens. Współcześnie ten plac jest okazały, kto wie czy nie najokazalszy w historii. Stoją na nim, do niedawna Miłosz, ale wciąż Szymborska, Różewicz, Hartwig, omal cała Nowa Fala, pokolenia po niej – Nowej Prywatności, Brulionu,  roczniki 70., 80. Można odnieść wrażenie, że na tym placu jest tłoczno. Być może ten tłok właśnie budzi różne frustracje, słychać bowiem tylko najsilniejsze i najbardziej wartościowe głosy. Prawie 70 lat pokoju robi swoje. Trzeba to docenić. Jednakże poszukiwanie własnego głosu poetyckiego, czyhanie na niego, wabienie go odbywa się w odpowiednim oddaleniu. Świętem jest gdy się pojawi, a tym co odświętne trzeba się dzielić. Chłop kiedy nazbierał odpowiedni plon, wkładał go na furmankę i wiózł na jarmark  Chciał nie tylko go sprzedać, ale i się nim pochwalić. Jarmark to odświętna forma placu. Młodzi, ale również i starsi autorzy są trochę takimi Jarkami udającymi się na „jarmarek”. Na jarmarek, gdzie mogą pochwalić się wierszem, opić go w karczmie, a przy tym zwyczajnie pobyć. Zaistnieć.

S.P. Znam tę przyśpiewkę, w moim regionie to był Marek.

W.K. W tym co mówię jest rodzaj czułości dla tych poetów. Mógłbym powtórzyć za Krzysiem Kuczkowskim, który mówi w twoim wywiadzie „wzruszają mnie poeci czytający na głos wiersze”. Właściwie w tym zdaniu są dwa gesty - czułość dla poetów czytających wiersze, a jednocześnie grymas ironii. Czułość i ironia to dwa narzędzia współczesnego poety. Przy czym to pierwsze gaśnie na rzecz, no właśnie na  rzecz czego? Literackiej gry?  

S.P. Aż szkoda, ale z powodu czasu muszę przejść do następnego pytania i wrócić do meritum. Co jest dla Ciebie najważniejsze w ocenie tekstów?

W.K. Przede wszystkim czystość przekazu poetyckiego i wyraz artystyczny. Światopogląd autora wyrażony w wierszu mniej mnie interesuje. Ważnym jest to, co autor mówi w wierszu, ale nie ważniejsze od tego, jak ustawia swój głos, z jakiego budulca i w jaki sposób buduje wiersz. Zwracam też uwagę na gramatyczność wypowiedzi. W wierszu wiele fałszów obnaża autora, te gramatyczno-składniowe również. Miłosz zapisał: „Fałsz uczuć odgaduje się po fałszu frazy”. Oczywiście poeta psuje język, żeby poszerzyć pole semantyczne tego co i jak doświadcza, ale nic nie może go zwolnić, żeby znów złożył go w sposób gramatyczny. Nie wiem, czy jestem zrozumiały?  

S.P. Tak, nie chodzi o sytuacje, kiedy ktoś świadomie dokonuje przekonstruowania języka, ale że po prostu nie umie go używać i robi błędy.

W.K. O tak. Biorę też pod uwagę obrazowanie, stopień jego wtórności i wytarcia. Uczulony jestem na ich retoryczność, chyba, że użyta jest właściwie, staje się językiem „naturalnym”. Masy społeczne posługują się językiem oczywistości, a poeta jest spod sztandaru nie oczywistości. Celan zapisał, że poezja jest „przeznaczoną komuś niepowtarzalnością języka”. Większość upraw wierszy to gadulstwo „nie do przeżyć”. Integralność przeżycia i języka, i to jaki stopień uścisku między nimi występuje, to też śledzę czytając wiersze konkursowe.

S.P. Czy więc dzieją się we współczesnej poezji polskiej jakieś ciekawe zjawiska? Widzisz te rzeczy, o których mówisz?

W.K. Dzwonił do mnie Krzysiu Karasek po konkursie im. Herberta, mówił, że tam żadnych rewelacji nie było. Odniosłem ostatnio wrażenie, że nadsyłane na konkursy wiersze zlewają mi się w jednolitą ciecz tematyczną i formalną, że operują w tym samym rejestrze językowym, że horyzont, na którym się poruszają jest nazbyt rozpoznany i oczywisty. Mam jednak za mało przesłanek, żeby wyrokować. Może to po prostu wrażenie. Język wciąż pracuje i to, w którym miejscu i w jaki sposób ujawni się poezja, wciąż jest tajemnicą. Dobrze jest natknąć się na nią podczas czytania zestawów konkursowych. Ta lektura to też jest plac, to też spotkanie w pół drogi. Ci, których mogłem z kolegami nagradzać, mają się chyba nieźle. Pojawiają się tu i tam, drukują  wiersze, wydają tomiki, a więc zaprasza ich plac.  

S.P. To wystarczy?

W.K. Nie wiem, co robią poza placem, ale jeśli tylko chłoną rzeczywistość, są na nią otwarci i czujni wobec niej, jeśli tylko zajmuje ich coś więcej niż dokarmianie własnego „ego”, jeśli tylko pracują nad sobą, jeśli tylko czytają wiersze innych z nie mniejszą wrażliwością niż własne, jeśli uprawiają różne formy pisarstwa, a nie tylko wiersze, jeśli na marginesie wierszy wgłębiają się w inne dziedziny sztuki (muzykę, malarstwo, teatr?),  jeśli nasłuchują języka, jeśli stają się dobrymi kucharzami lub zapalonymi piechurami, jeśli nie tracą czułości wobec świata, jeśli nie zapominają,  jak głaszcze się bliską osobę, zwierzę, krajobraz, motyla, jeśli rozmawiają nie tylko z żywymi ale i umarłymi, jeśli czują, jak ze śmiercią bliskich sami w części umierają, jeśli rozumieją swoją samotność, to jest dobrze, bardzo dobrze.

S.P. Wracając do młodych, mają trochę racji.

W.K. Oczywiście, że mają. Młodość jest racją życia. Ale czy literatury? Niekoniecznie. Mogę im powiedzieć, żeby zawczasu budowali się od wewnątrz. Nie znaczy to, że życie zaoszczędzi im ciosów, ale być może, te ciosy będą mniej dotkliwe. Mogą również zadać sobie pytanie – czy lepiej być przyzwoitym i spełnionym człowiekiem, czy przeciętnym i niespełnionym poetą? To pytanie zadaję również sobie.

S.P. Rozmaite formy życia literackiego nazywasz placem. Chyba dobrze, ze ktoś go zagospodarowuje.

W.K. Nazywam placem lecz nie zabaw. A przed organizatorami imprez literackich na tych placach, bardziej lub mniej zinstytucjonalizowanych, chylę czoła. Robią to z miłości do książek, literatury, autorów. Chylę je tym niżej, im bardziej sobie uświadamiam, że tych placów, gdzie spotyka się wiersz i jego odbiorca może zacząć ubywać.

S.P. Czego sobie życzymy na ten nowy rok?

W.K. Więcej pieniążków na organizację placów. A pisarzom? Więcej dystansu do placów. Dystans to zdrowie.

S.P. Dziękuję za rozmowę